W poszukiwaniu Cudownego Unyta
RSS
poniedziałek, 24 lipca 2006
Premiera
Już od dziś na ekranach całego świata "Powrót Człowieka z Burkino". Tym razem w stylu włoskim, rodzinnym i grzecznym. Ale pewnie i tak coś tam będzie się działo.

fmitaly.blox.pl

Prosimy nie przysyłać cycków.

Krk
sobota, 22 kwietnia 2006
Rower sprzedany
Wczoraj sprzedałem rower. Własnemu szefowi. Dostałem 60 funtów. W komplecie dostał lampy, patent do zapinania i pompkę. Tak, poczułem już naprawdę, że wyjeżdżam.

Tymczasem Mumioki zrobili film. Widziałem kilka fragmentów na onecie, póki co wygląda to średnio, z wyjątkiem sceny z woźnymi, wrzucającymi młodzieżowe grypsy do netu. Tak, to może być przebój.

Jutro nic nie napiszę, bo będę miał błoto na przegubie.

M
poniedziałek, 17 kwietnia 2006
Operacja Leonardo - 15 dni do rozpoczęcia
Operacja Winston - czas podsumowań

Ostatnie dwa tygodnie pobytu w UK, wypada podsumować, co się udało, co się nie udało, jakie były straty i zyski.
12 maja 2004 pierwszy raz w życiu leciałem samolotem pasażerskim (AirPolonia, Poznań - Londyn). Od tego czasu w ciągu niecałych 2 lat odbyłem 9 mniejszych i większych podróży lotniczych. Leciałem w sumie 20 razy.
Odwiedziłem Szkocję, Irlandię, Holandię, Niemcy, Włochy (3 razy) i Polskę (4 razy). Miałem ponad dwa miesiące płatnych wakacji. Może to i nic imponującego, ale przez całe moje życie przed wyjazdem nie widziałem nawet połowy tego, co przez ostatnie dwa lata. I nikt mi za to nie płacił.
Pracowałem z ludźmi z 15 krajów, o ile nikogo nie pominąłem w rachunkach. Reprezentowali wszystkie rasy świata.
Zarobiłem wielką kupę forsy. Prawie w całości ją wydałem.
Zjadłem kilkaset kilo chińszczyzny, w tym kilkadziesiąt kilo pieczonej kaczki w restauracji na Greenwich. Parę kilo kebabu, ryby z frytkami itd itp. Kilkanaście kilo sushi.
Wypiłem hektolitry lagera.
Poznałem przyszłą żonę, Włoszkę. Tego się akurat nie spodziewałem, w ogóle wcześniej nie myślałem o żeniaczce.
Zmieniłem kilka razy cały mój światopogląd. Już nawet nie pamiętam, na jaki.
Nauczyłem się wstawać z łóżka w dowolnym, zaplanowanym wcześniej czasie.

A teraz minusy.
Zostałem zbombardowany - 7.7.05. Wyszedłem z tego bez szwanku, ale z głębokim żalem do muslich. Nie udało mi się schudnąć (nie dziwota), zdać egzaminu językowego (żałuję), polecieć do Kanady. Bardzo niewiele napisałem. To chyba wszystko.

Ogólnie rzecz biorąc, całą operację Winston mogę uznać za niezwykle udaną. Jej plan był niezwykle ogólny, moje oczekiwania nieokreślone. Chciałem sobie kupić laptopa, polatać po Europie i poznać jakieś ciekawe laski. Wszystko to wyszło dużo lepiej, niż się spodziewałem. Najważniejsze, że odzyskałem poczucie kierunku w życiu.
Operacja Leonardo będzie znacznie trudniejsza, ale w końcu nie z takimi rzeczami sobie w życiu radziłem. No i wiem, że wszyscy trzymają kciuki.
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Ściągaj z netu!
I znów płaczą w oficjalnym necie, że internauci niedobrzy ludzie, złodzieje wręcz, ściągają na potęgę i zabijają artystów. Jako przykładowy artysta występuje koleś z zespołu Big Cyc, co samo w sobie jest jakimś żartem chyba. Ale cała ta wojna z internetowym wiatrakiem jest oparta na kilku bzdurnych założeniach i fałszywych stwierdzeniach.

1. "Internauci chcą mieć wszystko za darmo". Bzdura kompletna. Szerokopasmowy dostęp do internetu wszędzie kosztuje mniej więcej tyle, ile dobrze wypasiony pakiet telewizyjny. Jedyny problem polega na tym, że o ile telewizje dzielą się z artystami, o tyle dostawcy internetu, póki co, dzielić się nie chcą. A moim zdaniem tutaj właśnie powinni dobijać się "pokrzywdzeni". W końcu rozwój sieci, a co za tym idzie, i zyski z sieci, nakręcany jest w tej chwili wyłącznie przez wymianę plików. Nikt mi nie powie przecież, że 24 megowe łącza w każdym domu potrzebne są po to, żeby się strony szybciej otwierały, albo żeby poczta lepiej ściągała. Ten wyścig (w Polsce go co prawda chyba jeszcze nie ma) nakręcany jest tylko przez ogromny popyt na transfer. I jeśli ktoś na tym zarabia, a ktoś traci, to między tymi podmiotami cała sprawa się powinna rozgrywać. Ja za moje łączę 2mb płacę w sumie 30 funtów na miesiąc, wydaje mi się, że jest to całkiem sporo.

2. "Obroty w branży muzycznej spadają.". Ponoć spadły o 22% w zeszłym roku. Ja nazwałbym to jednak po prostu korektą przegrzanego rynku. Technologia poprzednich kilkudziesięciu lat stworzyła chorą sytuację, w której można było kreować "artystów", traktować sztukę jako produkt i promować ją na takich samych zasadach jak serek topiony czy proszek do prania. Inwestowano w towar łatwy do zbycia, a ludożerka często nie wiedząc, że w ogóle istnieje dla tego jakaś alternatywa, kupowała. Teraz każdy może przed zakupem płyty posłuchać jej w necie, nie da się już więc tak łatwo wcisnąć byle gówna. Tacy goście jak Kazik nagrywali dwa uczciwe utwory, dokładali po 45 minut chłamu i robili z tego dwie płyty, w dodatku promując je jednocześnie ("Yugoton", "El Dupa" i niech mi nikt nie mówi, że to byli różni wykonawcy - płyty ciągnął Kazik z "Malczikami" i "Natalią"). I właśnie poważnemu ukróceniu takich skurwysynów głównie zawdzięczamy spadek sprzedaży. Ale czy należy z tego powodu płakać?

3. "Ściąganie przez internet zabija artystów". Cóż, jeśli artystami nazywamy Big Cyc czy też Michała Wiśniewskiego, to coś może w tym być. Ale poważnie: dlaczego mamy się obawiać sytuacji, w której wszystko, co zostało kiedykolwiek napisane, nagrane, nakręcone, jest dostępne wszystkim i wszędzie? Przecież to jest chyba najpiękniejsze w rozwoju ogólnoświatowego netu. Czy dziesięć lat temu mogłeś posłuchać prywatnych nagrań jakiejś kapeli garażowej z jakiegoś ostatniego zadupia? A może oni akurat nagrali piosenkę, która ci kiedyś uratuje życie? Rozwój netu pozwala debiutować i funkcjonować artystycznie twórcom, o których nikt by nigdy nie usłyszał, bo z rozmaitych powodów nie byli w stanie się załapać do "normalnej" dystrybucji. Ludzie w tej chwili kręcą filmy pełnometrażowe za 200 dolarów - ile z nich może wejść do oficjalnej dystrybucji - jeden na tysiąc? Niektóre z tych rzeczy są dużo lepsze niż mainstreamowe produkcje za miliony dolców. Większość to oczywiście straszne gówno, ale kto ma o tym decydować? Normalna dystrybucja nie jest w stanie w takiej sytuacji się odnaleźć, co jest na rękę oficjalnej branży. Dlatego tak bardzo ten światek stara się zatrzymać to wszystko na poziomie technologicznym sprzed dwudziestu lat. Prawda wygląda tak, że jakaś wąska grupa ludzi próbuje zatrzymać technologię, zagrażającą ich uprzywilejowanej pozycji. To trochę tak, jak w dawnej Anglii robole rozwalali maszyny parowe, które miały im odebrać chleb. Tymczasem okazało się, że chleba nie tylko nie odebrały, ale na dłuższą metę zbudowały nowy, lepszy świat. Bo nikt mi nie powie, że zwykły robotnik nie żyje teraz lepiej niż dwieście lat temu. Gdyby wtedy jakimś cudem udało im się zatrzymać ten rozwój, nadal srali by do wiader i myli się raz do roku.

4. "Produkcja muzyki kosztuje ogromne pieniądze". Bzdura. Mnóstwo wspaniałej muzyki, która obecnie funkcjonuje, nawet na oficjalnych wydawnictwach, powstaje na sprzęcie za kilkaset, kilka tysięcy euro. Są to pieniądze dostępne prawie każdemu, a z pewnością wszystkim, którzy są zdeterminowani, żeby coś tworzyć. Technologia w ciągu ostatnich dziesięciu lat potaniała tysiąckrotnie.
Tym, co naprawdę kosztuje pieniądze, to miesiące pracy fachowców, żeby taki np. Michał Wiśniewski na CD nie fałszował srodze i głos jego by nie brzmiał jak wycie zdychającego kundla, tylko odrobinę lepiej; robienie materiałów w tv i kolorowych gównianych gazetach, wesela w lodowych pałacach, żeby ludożerkę przekonać, że to nasz książę popu. Kosztuje tlenienie grzywek Piaskom Piasecznym, bajpasy dla Mietka Szcześniaka, kosztują styliści dla Dod Srod żeby słoma z butów nie wystawała aż tak do końca, utrzymanie telewizyjnej kołomyji, żeby ludziom mózgi zmydlić. I tu najbardziej "branżę" boli. Ale niech boli.

4a. W wypadku branży filmowej sprawa wygląda trochę inaczej, bo robienie filmów to jednak trochę więcej pracy, niż nagrywanie piosenek. Ale rozwiązanie problemu wcale chyba nie jest tak daleko i raczej nie w tym kierunku, który wskazują ci, którzy najchętniej internet by po prostu zamknęli, bo go nie rozumieją. Otóż, tak jak mówiłem, internauci wydają na szerokopasmowy net znacznie więcej niż telewidzownia na abonament. Ten fakt polecam uwadze.

Należy znaleźć jakiś sensowny sposób rozliczania się z twórcami. Jasne jest, że próby przeniesienia realowego sposobu płacenia za jedną sztukę towaru są zupełnie poronione - po cóż wirtualnie naśladować system, który funkcjonuje wciąż jeszcze sprawnie w realu? Jeśli za pobranie piosenki z sieci mam zapłacić dolca, to wolę już pochodzić po Virgin i kupić płytę w jakiejś promocji - wyjdzie taniej.
5 zł za obejrzenie jednego filmu? A co, jeśli ten film to ostatnie gówno? Czy to ja mam wtedy zacząć krzyczeć, że mnie okradli? Na to w takim razie wychodzi - kiepscy artyści to złodzieje!

Uważam, że tylko system abonamentowy ma sens - płać ustaloną kwotę i pobieraj ile chcesz. W końcu nikt normalny nie jest w stanie oglądać filmów i słuchać muzy 24/7. Ludzie oczywiście będą oglądać/słuchać więcej, bo łatwiej im będzie znaleźć to, co ich interesuje i będą bardziej usatysfakcjonowani. Kto kiedyś wydał 30 zeta na bilet na gówniany film w kinie, z pewnością się ze mną z godzi, tak samo jak ten, co na "El Dupie" szukał uczciwego przekazu artystycznego. Po takim doświadczeniu człowiek się zastanawia dwa razy, czy kupić dane CD/DVD. Kiedyś po prostu nie było alternatywy. Teraz jest - internet.
I jestem pewien, głowę kładę, że zyski branży się podniosą, z tym, że będą sprawiedliwiej rozdzielane. Taka Metallica zamiast sprzedać milion płyt rocznie zaliczy z dwadzieścia milionów pobranych plików i i tak wyjdzie na swoje. Ale przy okazji jakaś mała kapelka rozprowadzi sto tysięcy plików i kupi sobie nowe wiosła. Nie jest to oczywiście aż tak proste, ale na takiej idei powinno się opierać. Techniczne rozwiązania się znajdą.

5. "Pobieranie filmów i muzyki z sieci to kradzież". Cóż, a jak w takim razie nazwać wydawanie na płytach kiepskiej muzyki i beznadziejnych filmów? Jak nazwać kupowanie recenzji? Jeśli takim tropem idziemy, to każdy artysta, który choć raz puścił w obieg kawałek niedorobiony, jest złodziejem. Każdy aktor, który kiepsko zagrał, jest złodziejem. Zły reżyser, fałszujący muzyk, jeśli za swój wytwór, za pomocą zakłamanej promocji, wyłudzają pieniądze, to są zwykli złodzieje.
Ostatni film jaki w życiu wypożyczyłem to było "Love, Actually". Nie widziałem, może poza Wiedźminem, większego gówna na oczy, a przecież sporo oglądam. A na okładce cytaty z poważnych gazet, że to film wspaniały, doskonałe kreacje aktorskie, cud-miód. Poczułem się okradziony i moje ostatnie opory moralne padły. Zrobiłem upgrade mojego łącza następnego dnia do 2mb, zainstalowałem BitCometa i ściągam.

Kazikowi natomiast, nieodmiennie, pytę w odbytę. Zwłaszcza za "Cafe".
środa, 05 kwietnia 2006
Wenecja cztery dni temu

Natomiast ja wypływam na znacznie szersze wody. Wczoraj dałem wypowiedzenie w robocie, więc to ostatni miesiąc robienia kawy z kwiatkami. Za chwilę zaś kupuję one-way ticket to Italy. Sam początek maja. A pod koniec maja ślub.

We Włoszech wiosna, +19 kiedy wyjeżdżaliśmy. Jak wysiadałem z samolotu w Londynie, musiałem się cofnąć z płyty lotniska do kabiny, bo zapomniałem swetra. Ale swetra nigdzie na moim miejscu nie było. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że mam go na sobie, jest po prostu 12 stopni zimniej niż przed wylotem.
Ale to zupełnie inny wylot niż ten dwa lata temu. Wtedy wyjeżdżałem wkurwiony, obrażony na kraj (nie minęło mi zresztą do dziś), a teraz wyjazd jest rezultatem przemyślanej decyzji, jest częścią większego planu. Do Londynu będę wracał z przyjemnością. I pewnie bez wielkich oporów będę wchodził do mej starej kawiarni, popatrzeć na trzy wielkie maszyny do kawy, przy których spędziłem prawie dwa lata swego życia.

No, za chwilę jadę do roboty. Pa.
środa, 29 marca 2006
Robiłem jej dzisiaj kawę
Wracam dzisiaj z przerwy na colę, staję za maszyną, a po drugiej stronie lady stoi sobie wyglądająca dziwnie znajomo kobieta. Uśmiecham się, ona też się uśmiecha, mówię sobie - co jest, znamy się, czy co? Ona płaci właśnie za swoje kanapki, ale po chwili uśmiecha się i zamawia jeszcze podwójne capuccino. No i wtedy przypominam sobie, że ją znam z filmów. Ha. Pracuję w odległości 500 metrów od kilku ważniejszych teatrów londyńskich, a to w końcu aktorka teatralna bardziej niż filmowa. No, przyznać trzeba, że rakieta z niej nieziemska, ładna, zgrabna i wysoka.



Twarz tak dobrze znana, a nazwiska nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Tu kłaniają się amerykanie, okazuje się, że ich mania zmieniania nazwisk ma poważne podstawy, łatwiej zapamiętać Marilyn Monroe niż, na ten przykład, Natascha McElhone. No, o autograf nie poprosiłem, o sztuce nie podyskutowałem, nie zaproponowałem jej roli w moim filmie o Bolesławie Chrobrym, ale tak czy siak, zawsze jakaś przygoda. Może nawet tak jest bardziej zen i spoko.
czwartek, 23 marca 2006
Sposób na kibica - pakować w kamasz
Od tak dawna w cudownym kraju nie potrafią sobie z problemem bandytów na stadionach poradzić, że postanowiłem nieodpłatnie zająć się znalezieniem wyjścia z sytuacji. Otóż należy pod każdą kibolską zadymę podjeżdżać w sile stu suk, nałapać, bydlęcy wagon, plomba i do obozu. W obozie zimny prysznic, zepchać po stu do małej klitki, rozdzielić prycze, rozdać kamasze i zrobić z tego wojsko. Oczywiście nie podołają temu nasze rozpite trepy, ale i na to jest rada. Ogłosić amnestię na chłopców z Legii i porobić z nich kaprali. Prikaz dać, że jeśli ten czy ów szkolenia nie przetrzyma, to się zbytnio nie przejmować.
Taką armię można wtedy wypożyczać za zielone USA, oni będą szczęśliwi, że nie muszą swoich chłopców męczyć. A dla kraju nie dość że kasa, to jeszcze pierwszy raz od Odsieczy Wiedeńskiej będziemy mieć wojsko stanowiące jakąś wartość bojową. W razie jak ruskie zaczną robić jakieś dziwne ruchy, można ich wtedy zaprosić na przyjacielski mecz między reprezentacjami sił zbrojnych...

Tymczasem ostatnio widziałem, tfu, "Rozdroże cafe", Boże mój Boże. Ze też tyś Kazik swój świński ryj w to wpakował, to ci już nie wybaczę. Jak można o zbrodni w Kredyt Banku taki film zrobić? Pamiętam motto do "Fargo" - "W trosce o tych, którzy przeżyli, pewne szczegóły zostały zmienione. Z szacunku dla tych, którzy zginęli, wszystkie inne pozostały bez zmian." Polecałbym do przemyślenia, pożal się Boże, tfurcom. No bo tak - biedni chłopcy zrobili napad, bo byli biedni i bez szans, Bożeż mój Boże. A ci zabici? Jeden sam był bandyta, wnuczuś był wredny i niegrzeczny i dziadka nie słuchał, a dziadek pierdoła nieodpowiedzialna, że gdyby się nawet gówniarz nie nadział na kulę, to wpadłby pod samochód i wyszłoby na to samo. W to wszystko przebitki świńskiego ryja Kazika, pasujące jak sam już nie wiem co do czego, a nie chcę się wyrażać. Jak chuj do oka na przykład.
Jeśli ktoś mi wytłumaczy, po co zmieniać szczegóły, które wszyscy i tak znają z gazet i TV dokładnie, to stawiam browar. Jeśli ktoś mi wytłumaczy, dlaczego z bezmózgich bandziorów, którzy dokonali najgłupszego, najbardziej bezsensownego i skurwysyńskiego napadu na bank w historii bankowości świata chyba, robi się biednych, wrażliwych chłopców, stawiam Daniellsa. No i kto mi powie, co za scenarzysta, mający chociaż odrobinę talentu, pominie w pizdu wątek policyjnego śledztwa, jednego z najbardziej spektakularnych, udanych (a tak ich niewiele) działań naszych stróżów prawa od jeszcze przed wojny?
Uważam, że o zbrodniach tego typu filmów w ogóle nie powinno się robić. Ale jeśli już ktoś musi, to pewnych zasad jednak wypada się trzymać.
Zresztą, polska, zmiłuj się Panie, kinematografia to temat dawno zamknięty. Jednego nie mogę przeżyć w tym wszystkim, to jest mordy Kazika. Ja już go nigdy w życiu nie posłucham, nawet z mp3.
Jedyny właściwie pozytywny aspekt sprawy jest taki, że film zassałem za darmo z internetu i mam spokojne sumienie, że grosz mój na to ścierwo nie poszedł.
Tak to na szczęście jest na tym świecie, że gdy skurwysyństwo z jednej strony urasta w siłę, to dla przeciwwagi powstają też zjawiska dobre, internet jest coraz szybszy, samoloty coraz tańsze, a krajów, żeby do nich wyjechać, coraz więcej. Optymistycznie kończę.
Jak dobrze że mnie macie.

środa, 22 marca 2006
jeszcze foto

ulica Oxfordzka wieczorem
Rozkaz: przekroczyć granicę
Położyć kres komunistycznej dyktaturze na Białorusi. A potem zainstalować naszą własną, katofrenicką.
Życie jak niesforny motocyk
Życie zaczyna wyrywać się spod tyłka jak niesforny motocyk produkcji radzieckiej Mińsk, na którym uczyłem się jeździć w ośrodku LOK nad jeziorem Śmierdzionek. Ale ja nie staram się go opanować, mam nadzieję, że tym niesfornym zrywem wyskoczę w końcu z upierdliwej angielskiej niby-zimy w jakąś przyzwoitą wiosnę. I nie przejmuję się rzeczami, które leżą niezrobione, tylko patrzę na te połknięte tygodnie i wiem, że z każdym z nich jestem bliżej wiosny, wyjazdu, nowego życia. Nie żeby to tutaj teraz było złe, mógłbym je z przyjemnością ciągnąć, zmieniać na lepsze i tak dalej, ale jak już raz postanowiłem, że basta, to teraz czekanie trochę męczy.

Właśnie odkryłem ostatnią płytę Janerki - "Plagiaty"; dziwne, że wcześniej o niej nie usłyszałem, no ale takie już są media w pierdolonym naszym talibanie. Nagłówki o jakichś Dodach wciąż na onecie, a o Janerce dowiedziałem się z czyjegoś przypadkowego bloga. No ale dobrze się wszystko skończyło, bo się dowiedziałem. Dawno nie słyszałem płyty tak przyjemnej już przy pierwszym odbiorze. Mam nadzieję, że z czasem będzie jeszcze lepsza.

Czytać onetu się nie chce, takie rzeczy dzieją się w kraju. Ale ja powiedziałem od razu "żeście sobie kurwa wybrali". I tych słów się trzymam. Jak śpiewa Janerka: "Europa ma w dupie freedom". My tu się nie wpisujemy w jakiś trend, my go nadajemy. Teraz to już ten kraj może uratować tylko dobry snajper. Ale mnie to nie obchodzi, mój kierunek to Italia, kraj dość, jak zaczynam zauważać, nazi, ale z takim zabawnym odcieniem, jak komunizm w Czechosłowacji. Nazi opera. Wnuczka Duce gromi gejów. Przynajmniej premier ma jakiś styl, jak kraść to kraść, jeden z najbogatszych typów Europy. I nikt go nie ruszy. Człowiek jakoś pewniej się czuje pod takimi rządami. Tak więc będzie mi bardzo git, tak czuję.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5